A co jeśli świat wali się na głowę?

I kolejny kryzys następuje tuż po poprzednim. Kiedy problem nakłada się kolejnym a Ty nie masz już siły?

Pewnie tak miałaś. Nie raz.

Kilka tygodni temu miałam wypadek a z niego wyniosłam złamane żebro. A w poniedziałek mama przestała chodzić. Tak z dnia na dzień. W niedzielę chodziła o kulach a we wtorek nie  wstała z łóżka. Kobieta 70 letnia.

I pojawić się może pytanie, zupełnie naturalne: I co Ty na to, droga Aniu, coachu kryzysowy? Jak sobie w takim czasie poradzić i nie zwariować? Jak pracować, mieć głowę „spokojną” i być opanowaną?

Moje życie musiało stanąć w miejscu. Aby zebrać najpierw myśli a z nimi siły. Musiałam zatrzymać się w biegu.

A nawet cofnąć się. To takie przerażające, kiedy plany: ważne, poukładane, dające poczucie bezpieczeństwa „biorą w łeb” i rozsypują się. Powoli wykreślałam… Nie. Samo się wykreśliło z kalendarza to, co musi odejść w niebyt lub poczekać. Zostawiając tylko mega ważne sprawy. Tak więc, alergolog dziecka musi poczekać. Spotkanie w klubie ToastMasters musi poczekać. Zakup zeszytów do szkoły dziecka musi poczekać. Praca zawodowa musi zostać rozłożona na mniejsze, spokojniejsze części, które ogarnę. Wszystko musi poczekać, abym nie zwariowała.

Abym z zalewem trudnych myśli nie straciła kontroli nad własnym życiem. W weekend przywitałam: koc, herbatę, rower, pamiętnik, książkę. W międzyczasie przejrzałam kontakty w telefonie, aby wyjść do ludzi, którzy byli mi bardzo potrzebni. Bliscy i nowi. Nastały rozmowy, wygadywanie trudnych emocji. Pozwoliłam sobie na wszystko to, co daje poczucie bezpieczeństwa. Bo poczucie bezpieczeństwa daje kontrolę życia. A kryzys jest interpretacją mojego życia. Poukładanie i zaopiekowanie się sobą, zwolnienie tempa i poproszenie o pomoc pomogło okiełznać problem. Jest niedziela. Siedzę pod drzewem. Po moim kocu chodzi mrówka. Koc jest olbrzymi, mrówka niewielka.

Jeśli kryzys jest interpretacją mojego życia, to mogę być jak ta mała mrówka a koc jak życie – olbrzymi.

Dokąd pójdzie mrówka? A dokąd ja pójdę napotykając na drodze przeszkodę? Mogę zwinąć się w kłębek i trwać w zawieszeniu i strachu: co dalej, co jeszcze?

Ten zegar jest całkiem bezduszny
Nie zna litości nie wie co to jest ból
Gdy wszystko z rąk się wymyka
By z zegarem biec co tchu

Gdy do przodu zegar rwie
Ty ustaw się na nie i cała wstecz!

To słowa piosenki Edyty Bartosiewicz „ Zegar”, który gdzieś z zakamarków głowy wyciągam. Lepsza w takiej sytuacji jest piosenka, niż mielenie myśli pt. „dlaczego, dlaczego….dla czego?”

Postanawiam, że wybieram, to że mój koc jest przytulny i kolorowy. Takie chcę mieć życie. Dlatego na swój koc zapraszam innych. Sama pozwalam sobie czuć trudne emocje. Jeśli potrzebuję – płaczę, złoszczę się. I daję sobie na to czas i zgodę. Zrobiłam wszystko co mogłam: mama jest zaopiekowana, moje dziecko też. I ja też jestem zaopiekowana – sama przez siebie, przez ludzi, którzy mnie otaczają. Dzięki temu mam plan i cel. W jego realizacji pomagają mi inni, bliscy, którzy pojawili się lub są.

Tu na tym kocu poukładałam w głowie spokój, aby mieć siłę też jutro.  I w kolejnych dniach.

I tak będzie.